Co wspólnego mają: biznes i maraton?

W jednym z programów dokumentalnych o bieganiu usłyszałam kiedyś stwierdzenie, że po pokonaniu pierwszego maratonu nic już nie będzie jak dawniej. Wydawało mi się wtedy, że – owszem – przebiegnięcie 42 km to ogromny wyczyn, ale chyba przesadą jest traktowanie go w kategoriach nowego otwarcia w życiu. Od mojego pierwszego maratonu minęło już kilka dni, emocje nieco opadły i - tak jak jeszcze nie potrafię schować do szuflady swojego medalu - tak trudno mi zachować tylko dla siebie pewną refleksję.



Tuż przed startem, stojąc w tłumie biegaczy i słuchając płynącego z głośników „Snu o Warszawie” Niemena, czułam ogromne wzruszenie. Nie tylko dlatego, że do ostatniej chwili nie wiedziałam czy wystartuję (bo pomimo świetnego przygotowania i solidnie przepracowanego lata, na ostatniej prostej przyplątała się kontuzja). Przede wszystkim dlatego, że otaczało mnie morze ludzi takich jak ja. Ludzi, którzy mają swoje osobiste, mniejsze lub większe dramaty, którzy – tak jak ja – walczyli właśnie z jakąś kontuzją, ale którzy – tak jak ja – stawili się na linii startu i czuli, że dokonują właśnie czegoś niezwykłego.


Muszę przyznać, że nigdy i nigdzie dotąd nie widziałam takiej woli walki i determinacji. I nie mam na myśli elity, która walczyła o fantastyczną życiówkę. Mam na myśli nas, szaraczków w niebieskich koszulkach z napisem „Maraton Warszawski”, dzielnie tuptających naprzód pomimo deszczu i bolących mięśni. Nas, zerkających na zegarek sportowy, którzy widząc (tu użyjmy eufemizmu) „umiarkowanie dobre tempo”, uśmiechają się do siebie, myśląc: „a co tam”. Nas, muszących czasem przystanąć na kilka sekund by rozmasować łydkę, rozciągnąć plecy, dać odpocząć piekącym kolanom. Nas, nieporadnie oblewających się wodą w punktach nawadniania, uśmiechających się do siebie wzajemnie, znajdujących przyjemność w tej naszej biegowej podróży. Nas, pytających drugiego biegacza, czy wszystko w porządku, gdy widzimy, że zaczyna słabnąć. I w końcu nas, mijających linię mety, cieszących się jak dziecko ze swojego 3745 miejsca, a zaraz potem zaczynających płakać ze wzruszenia (no dobrze, może to nie dotyczy wszystkich, ale zdecydowanie dotyczyło mnie).


Pokonanie maratonu faktycznie zmienia człowieka. Pozwala zrozumieć, jak bardzo jesteśmy silni – my, tacy zwykli na co dzień - i jak bardzo możemy być solidarni. Jak niewiele trzeba, aby choć na chwilę zapomnieć o podziałach, problemach i nabrać dystansu do świata. Przede wszystkim jednak, pozwala zrozumieć, że kolejne cele - w życiu i biznesie - choć często mało realne, odległe i wymagające ciężkiej pracy - są dla nas osiągalne. Z perspektywy tych 42 kilometrów wiem jedno - biznes jest jak maraton: jeśli wyraźnie nakreślisz przed sobą cel, opracujesz plan działania i konsekwentnie zaczniesz go realizować, nie ma rzeczy niemożliwych. Marzenia i plany zawsze dogonimy - nie zawsze sprintem, nie zawsze w świetnej formie, ale zawsze z ogromną satysfakcją.


Wyróżnione posty
Ostatnie posty